Rodzinna atmosfera wszystko git. Kurier zamówiony.
Zamówiłem kuriera żeby przesłał mój bęben z pękniętą skórą. Niestety nie pomyślałem, żeby go zabrać ze sobą samochodem z Łodzi. Jestem w Strużynach gdzie odbywają się warsztaty bębniarskie prowadzone przez Kubę Lichwę. Kuba prowadzi tu warsztaty drugi rok z rzędu. Nie jest powiedziane, że w 2016 poprowadzi znów, ale jak będzie prowadził to jestem tam na bank. Mam w końcu sposobność przekonać się jak to jest z metodą uczenia o której wspomniałem w poprzednim poście.
Warsztaty jeszcze nie dobiegły końca jestem w trakcie ich trwania. Bardziej obiektywną opinię na pewno będę mógł napisać po ich zakończeniu. Teraz na świeżo mogę powiedzieć, że na pewno troszkę więcej czasu potrzeba na naukę poszczególnych rzeczy. Na szczęście czasu tutaj nie brakuje.
6h warsztatów dziennie. O 9:00 rano śniadanie następnie o 10:00 3h warsztatów. O 14:00 obiad i o 15:30 kolejne 3h. W tym jeden dzień lub dwa odpoczynku. Jutro rano mamy warsztaty, ale popołudniową turę odpuszczamy wybierając się całą ekipą nad jezioro. Dodatkową motywacją do nauki jest gościna na koniec pobytu tutaj, gdzie będziemy mogli zaprezentować swoje umiejętności czego się nauczyliśmy.
Uczymy się rzeczy na poziomie dostosowanej do grupy. Mimo, że około połowa osób z grupy uczącej się jest na poziomie początkującym to i tak nie bardzo się człowiek nudzi. Kuba duży nacisk kładzie na dokładność grania w odpowiednim momencie rytmu. Duny nie mogą się choćby na moment przesunąć, albo źle zagrać. Od razu to zauważa, odwraca się i swoją miną wyraża swoje niezadowolenie.
Nie idzie z materiałem póki ludzie się nie nauczą grać z odpowiednim feelingiem. Jak coś sprawia trudność nawet po kilku próbach w powolnym tempie prosi żeby każdy zagrał indywidualnie. Stresuję się wtedy bardzo, najbardziej jak mi nie wychodzi, ale jak wychodzi to nie ma stresu. Jestem bardzo 'rozegrany' teraz. Nie bardzo sobie wyobrażam teraz powrót do rzeczywistości kiedy to w wakacje mamy mało warsztatów w mieście. (no wróciłem i zacząłem strugać swoje pierwsze w życiu djembe)
Na gościnę czyli ten występ szykujemy parę rytmów połączonych ze sobą. Jeszcze nie zdecydowałem się zagrać na dunach, bo cały czas jestem w rozterce, że stracę naukę na Djembe. Czasami, gramy tylko krótki wstęp i 1 akompaniament, break, 2 akompaniament no ale rytmy są łączone ze sobą przez odpowiednie przejścia. I w takim połączeniu są 3 różne rytmy w tym co najmniej jedno solo. W sumie to się trochę pogubiłem. Nie jestem pewny tego co napisałem, muszę obejrzeć materiał z wideo ze Strużyn.
Pewnego dnia graliśmy coś nowego. Duny grały, a my prosty akompaniament dosyć długo graliśmy na djembe. I tak graliśmy i graliśmy i zaczęły mi się tworzyć w głowie różne improwizacje i myślałem spytać Kuby na koniec rytmu czy pozwoli nam improwizować no i nie musiałem pytać. Telepatia i pozwolił każdemu indywidualnie zagrać po kolei co do głowy przyjdzie. To się ceni chociaż wiem, że nauczyciel nie zawsze ma na to czas, żeby każdemu na to pozwolić. Jeżeli warsztaty trwają 1,5h albo 2h to jest problem. U Sylwii w grupie gdzie trwają 3h czasem się to zdarza. Tym bardziej, że była tu liczna grupa uczestników. Inaczej też jest gdy Kuba strzela swoje głośne solówki, a my coś zaimprowizujemy tak że usłyszy to tylko osoba siedząca obok. Inaczej jest gdy pałeczkę przejmujemy my i cała uwaga jest skupiona na nas. Nie ma co się stresować, trzeba próbować, na luzie jechać to co na duszy leży, bo to jest zabawa!
Marianka która chodzi na co dzień na warsztaty do Kuby mówi, że bardziej by się odważyła zagrać podczas indywidualnego solo, gdyby pozwalał na to podczas warsztatów we Wrocławiu, że w Strużynach miała po raz pierwszy sposobność przejąć pałeczkę. Gdy byliśmy bez Kuby w małej grupce i ćwiczyła sobie samotnie to mi szczęka opadła jak zagrała solo (samotnie). To tylko chyba takie tłumaczenie. Faktem jest, że trzeba wyczuć dobrze puls rytmu i próbować. Bez ćwiczeń samodzielnie też jest ciężko. To siedzi w psychice chyba, najgorsze i najbardziej stresujące sola są te pierwsze przy ludziach. A tu nie ma czego się wstydzić tylko jechać z koksem. To jest jedna z tych najfajniejszych rzeczy na bębnach afrykańskich. Tylko, że wymaga czasu i doświadczenia żeby to robić rzeczywiście dobrze i głośno. Kuba wspominał podczas warsztatów, że ciężko jest to swobodnie robić nawet po 2 latach grania. Kwestia indywidualna, żeby fajnie grać solo 4, 6 lat gry regularnie na bębnach a nawet więcej trzeba sobie dać.
Bardzo mi się podobają improwizację Kuby podczas gdy my gramy akompaniament. Czasami tylko to trochę długo trwa i mam ogromną ochotę wtedy go próbować naśladować, albo samemu próbować swojego solo. Długo trwa, ale zawsze jest fenomenalne. Świetne dźwięki, czyste, selektywne tony i slapy. Super.
No i jedzenie, klimat ogólnie sprawiają że dobrze się uczy. Na świeżo mogę powiedzieć, że metoda ta lepiej daje mi naukę rytmu i jego rozumienie co gdzie i jak. Brakuje mi nauki na dunach. Muszę się w końcu zgłosić trudno, że na kenkeni ale to też coś daje. Największe rozumienie wiadomo byłoby gdyby każdy umiał zagrać każdego duna, ale to nie każdy by chciał grać, za mało czasu, za mało dunów itd. Temat już wałkowany nie raz.
Ogólnie rzec biorąc jest super i o ile za rok też będą takie warsztaty jak najbardziej. Oby tylko Kuba uczył.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz